Kartki z historii białostockich lasów Kartki z historii białostockich lasów

89 lat temu Dziennik Białostocki donosił:

12 stycznia 1929r.

Polowanie pana Prezydenta w Spale.

P. Prezydent Rzplitej wyjeżdża w dniu jutrzejszym do Spały, gdzie odbędzie się parodniowe polowanie dla wyższych oficerów 36 pułku piechoty.

W polowaniu weźmie udział p. Prezydent Rzplitej.

 

83 lat temu Dziennik Białostocki donosił:

12 stycznia 1935r.

 Manjacy Św. Huberta.

Skoro istnieje w patologji termin „taniec św. Wita”, dlaczego nie wprowadzono dotychczas terminu „manjacy św. Huberta”?

A przeciez jest rzeczą niewątpliwą, manja pod tem wezwaniem istniej, a nawet szerzy się nagminie, zwłaszcza w miesiącach zimowych.

Osobnik dotknięty tem cierpieniem w pewnych miesiącach roku, przestaje zwracać uwagę na świat, który go otacza, na wypadki polityczne i kataklizmy, na swoje codzienne przyzwyczajenia i codzienne nałogi, na rodzinę, przyjaciół i życzliwych, wypatrując pilnie terminów, w których kończy się czas ochronny na zające, bażanty, kury czy dziki.

Kiedy przychodzi właściwy termin nasz pacjent wkłada na siebie szarawary, różne swetry, buty do pasa, opasuje się ładownicami i wyjmuje z szafy pewien rodzaj broni palnej, który nazywa „flintą”. Przez cały ten czas już nie mówi o niczem Innem, tylko o „dwójkach”, „jedynkach”, „loftkach”, „granulkach”, - każdemu zaś przeciętnemu obywatelowi wiadomo, że słowa te nic w ogóle nie oznaczają.

Zapakowawszy swą broń, która niewiadomo dlaczego ma aż dwie rury – do skórzanego futerału, pacjent, zwany także czasami „nemrodkiem” udaje się w nieznanym kierunku i spędza tamże kilka dni, podczas których niewiadomo co robi. Manja ta w pewnych okresach, przeradza się w psychozę zbiorową, tak, że zwykle podobne wędrówki odbywają się kolegjalnie.

Nic bardziej interesującego dla przeciętnego nawet inteligentna, niż przysłuchiwanie się rozmowom dwu, albo i trzech manjaków św. Huberta, wracających z takiej wspólnej wędrówki, którą nazywają „polowaniem” (najwidoczniej odbywa się to na „polu”).

- Naganka była już blisko – mówi jeden z niebezpiecznym błyskiem w oku – a ja mam stanowisko tu! (pokazuje palcem jakiś mętny kierunek). Idzie na mnie ze 12 kotów, pierwszy – walę! idzie drugi – walę dubleta! Dostał w skoki ale jest! i miałem „na rozkładzie” wszystkie 12.

- Co tam 12 kotów! woła drugi

– Ja miałem lepiej! W jednym kotle było 200 kotów…

            W tem miejscu przeciętny inteligent już się powinien wtrącić:

            - Bój się pan Boga, 200 kotów w jednym kotle? Czy to się może zmieścić? Chyba że małe kocięta? I poco biedactwa do kotła pakować?

            - Przeto wytłumaczcie mi panowie o jaką nagankę tu chodzi. O prasową? O jakim rozkładzie mowa? O rozkładzie jazdy? Co oznacza słowo „dublet”?

            Obaj „myśliwi” (gdyż i tak ich medycyna nazywa) patrzą na laika z politowaniem.

            Byłoby rzeczą niebezpieczną zapytać „myśliwych”: „W jakim celu strzelają do zająca. Przecież wiemy, że w każdym sklepie na rogu można za dwa złote kupic dużego, martwego zająca, nie narażając się na fatygę i zabiegi bielicujące z normalnym trybem zycia szanującego się mężczyzny.

            Ale gadaj tu z manjakami! Dwa „niemrodki” nie zwracając już żadnej uwagi na „outsidera”, opowiadają sobie dalej:

            W zeszłym roku, pamiętam, wyrwały mi się kury sprzed nosa! Było ich ze 20! Walę z obu luf, uważa pan…

            - Jakto? Strzela pan do kur? – wtrąca zrozpaczony już inteligent. – Poco to panu? Czy nie lepiej posłać kucharkę, żeby zarżnęła parę sztuk, nożem jak Bóg przykazał?..

            Nie słuchają. Ba! Nawet odwracają się tyłem w sposób dość niedwuznaczny i dalej swoje:

            - Co to był za „miot” panie! W życiu takiego nie widziałem!.. Tu warchlaki, a tu odyniec – prosto na mnie, szable jak kordelasy, walę „na komorę” raz, walę drugi, on nic…

            - A pamięta pan te koguty w Kieleckiem? Albo tego głuszca na Polesiu? 4 godziny go podchodziłem po pas w wodzie.

            Dwa głuszce św. Huberta tokują zapamiętale. Można ich teraz podejść i strzelić. Oczywiście „strzelić na 10 zet”, jak mówi jeden z moich przyjaciół. Nic prostszego. Bierze się pierwszego manjaka pod ramię i szepcze: „Proszę o 5 zet do piątku” Z drugim to samo. Dycha jak w banku.

            Dwa razy po 5 zet. T. zw. dublet.

J. P.

80 lat temu Dziennik Białostocki donosił:

12 stycznia 1938r.

Rabunkowa gospodarka leśna wykryta po 7 latach

            Ministerstwo Rolnictwa, przeprowadzając badania gospodarki tzw. leśnych spółek prywatnych, prowadzących wyrąb lasów, stwierdziło, iż spółki te zwłaszcza w województwach wschodnich, prowadzą bardzo często gospodarkę wysoce rabunkową, wbrew interesom publicznym, nie przestrzegają obowiązujących przepisów co do sporządzania planów i programów leśnych oraz wyrąbują wielkie obszary, niezgodnie z planami.

            W czasie tych badań ujawniono wielką, biorącą swój początek jeszcze w r. 1930 aferę leśną, w gminie Szydłowice, pow. Słonimskiego, w dwóch majątkach stanowiących takie właśnie spółki leśne: Hawinowicze II – własność Izraela Lichtensteina, Wigdera Rabinowicza i Jakuba Milinowskiego oraz w majątku Byteń – własność Lejby Astrachana i Izraela Chalewi.

            Wskutek dewastacyjnej gospodarki leśnej w obydwu tych majątkach nadzór leśny przy woj. nowogrodzkim wydał polecenie „zamknięcia lasu”, to znaczy zaniechania jakichkolwiek wyrębów. Po pewnym jednak czasie zakaz ten został przez władze wojewódzkie cofnięty i olbrzymie lasy w obydwu majątkach wycięto niemal doszczętnie.

            Ministerstwo Rolnictwo wszczęło z tego powodu dochodzenie przeciwko nadzorowi leśnemu przy woj. nowogródzkim i działającemu z ramienia Min. Rolnictwa na terenie województwa inspektorowi leśnemu, celem ustalenia, na jakiej podstawie prawnej zostały zmienione początkowe decyzje władz leśnych zakazujących wyrębu lasu.

            W trakcie dochodzenia, będącego już na ukończeniu, władze stwierdziły, że zniesienie zakazu wyrębu lasów w maj. Hawinowicze II i Byteń uzyskał u miejscowych władz wojewódzkich poseł hr. Emeryk Hutten-Czapski, właściciel sąsiednich majatków Rusinów i Synkowice, an podstawie udzielonego mu w r. 1930 przez I. Lichtensteina, W. Rabinowicza, J. Milinowskiego, L. Astrachana i I. Chalewi rejentalnego pełnomocnictwa do wystepowania w ich imieniu.

            Poza kwestią ustalenia winnych cofnięcia zakazu wyrębu i wyjaśnienia udziału w tym posła Hutten-Czapskiego, odpowiedzi wymaga również pytanie – dlaczego cała ta sprawa wychodzi na światło dzienne dopiero po siedmiu latach.